Były czasy, kiedy tabernaculum z Ciałem Chrystusa znajdowało się w centrum ołtarza.
Odprawiający Mszę Świętą kapłan był zwrócony w stronę Boga Najwyższego, w stronę Nieskończoności.
Pierwszy wśród nas, jeden z nas.

sobota, 13 lutego 2010

Jeszcze o zabawach liturgicznych, czyli o radosnej twórczości urzędników wyświęconych. Bardzo wysokich, wysokich i niższych



Śmiech nie ma granic, czyli "Msza Święta" dla rodzin w Salzburgu (Austria),
celebrowana przez abpa Alojzego Kothgassera
wspomaganego przez zespół "ClownDoctors Salzburg"

Powyższy obrazek pożyczyłam ze strony http://breviarium.blogspot.com/2005_11_01_archive.html (Kronika Novus Ordo, Breviarium Historiæ Ecclesiæ Postconciliaris).


Jedni śmiech wywołują, drudzy z ich śmiechu płaczą.
Oto dwa video - wstrząsające, a jednocześnie wyważone w tonie i dobrze komentowane:



Niech ci, którzy zdecydują się obejrzeć oba filmy, starannie i w całości, przygotują się na coś specjalnego, co nastąpi w drugiej połowie video nr 2.
Starsi wzruszą się, młodzi – zatęsknią.
A przedtem... no cóż, sami zobaczą.

Kościół rzymsko-katolicki powoli powraca do Tradycji. Trzeba widzieć skalę ostatnich zniszczeń, aby pojąć jaką szansę dla Kościoła stanowi Benedykt XVI. Oby zachował zdrowie. Jak najdłużej.

Pozostaje nadzieja i cierpliwość. Nadzieja nigdy nie umrze, cierpliwość może być wystawiona na próbę.

p.

czwartek, 11 lutego 2010

Nad pięknym, modrym Dunajem



Wiedeń - afisz imprezy Donau Insel Fest


Na forum Frondy trafiłam na post zatytułowany "Liturgiczny koszmar w Wiedniu - niech ich im Bóg wybaczy" i odkryłam reportaż z ... no właśnie – przeżyjmy to razem, tutaj !

p.

poniedziałek, 8 lutego 2010

Zakonne feministki. Salwatorianie: "Mam talent - mogę zostać świętym!"


Gala "Proboszcz roku"
(1) Ciekawy artykuł: Józef Majewski "Zakonnic kłopoty z doktryną" (Tygodnik Powszechny, 29 kwiecień 2009)


Nadzieja, że "Kościoła kłopoty z zakonnicami" (USA) zostały od tego czasu rozwiązane jest prawdopodobnie płonna; byłoby mi jednak bardzo przykro, gdyby te kłopoty rozwiązały się same – z braku zakonnic.
Dynamika powołań jest następująca:
W ostatniej dekadzie amerykańskie zakony żeńskie borykają się z kryzysem powołań i tożsamości. Jeszcze w 1965 r. było ich 175 tys., w 2000 r. – 80 tys., dziś – 68 tys., przy czym średnia wieku sióstr wynosi 65 lat.

Jak pisze dalej Majewski, "Tym, co przede wszystkim spędza sen z powiek LCWR, jest poszukiwanie nowej formuły życia zakonnego i duchowości zakonnej."
A wcześniej:
"Konferencja Kierownictwa Zakonów Żeńskich powstała w 1956 r. Dziś liczy ponad 1500 członkiń, które reprezentują 95 proc. wszystkich zakonnic w USA. Zakonnice spod znaku LCWR nie noszą habitów (nie należy ich mylić jednak z tzw. zgromadzeniami bezhabitowymi), ponieważ stronią od tradycyjnej duchowości zakonnej."
A teraz niech łaskawy Czytelnik nastawi uszu i nie zniechęci się długością cytatu (podkreślenia moje – p.):
Wśród wykładów wygłoszonych podczas spotkań LCWR w ostatnich latach – w kontekście decyzji KNW – na czoło wysuwa się wystąpienie dominikanki Laurie Brink, biblistki z Catholic Theological Union w Chicago. Jego treść zrobiłaby mocne wrażenie, jak sądzę, nawet na niejednym katolickim progresiście, a co dopiero na KNW.

S. Brink przedstawiła cztery główne modele żeńskiego życia zakonnego w USA czy też kierunki, w jakich – jej zdaniem – ono zmierza. W pierwszym modelu: "umieranie z godnością i wdziękiem" – raczej nie widzi się już nadziei dla zakonów. Drugi: "zgoda na oczekiwania innych" – tu kobiety, zgodnie z wolą władz kościelnych, wracają na tradycyjną drogę zakonną (to jedyne amerykańskie zgromadzenia, w których rośnie liczba powołań). Trzeci: "wędrówka w Nowej Ziemi, jeszcze nieznanej". Czwarty: "pojednanie w imię misji": powołaniem zakonnic jest działalność na rzecz pojednania w świecie i Kościele, "najpierw – powiedziała s. Brink – z naszym hierarchicznym Kościołem, od którego doświadczamy nadużyć, opresji, lekceważenia i dominacji".
Czytelnik obecny, jeszcze nie zniechęcony? – Niech więc przełknie i to:
Szczególną uwagę przykuwa model trzeci. Część zakonnic – mówiła s. Brink – kieruje się "poza Kościół, nawet poza Jezusa" – wspólnota tego rodzaju "już dłużej nie jest kościelna. Rozrasta się poza granice religii instytucjonalnej". Dla tych kobiet "narracja Jezusa nie jest jedyną czy najważniejszą. One wciąż trwają przy wartościach Ewangelii i je czczą, lecz również uznają, że te same wartości są właściwe nie tylko chrześcijaństwu. (...) Jezus nie jest jedynym Synem Bożym. Zbawienie nie ogranicza się do chrześcijan. Mądrość [Boża] znajduje się w tradycjach Kościoła, ale też poza nim". Wniosek: przedstawicielki tego modelu "z pewnością są kobietami religijnymi [religious women], ale już dłużej nie są kobietami zakonnymi [women religious, »zakonnicami«] zgodnie z definicją przyjmowaną w Kościele rzymskokatolickim".

No cóż pierwszym odruchem – prawdopodobnie nie do przyjęcia – byłoby rozpędzenie na cztery wiatry tej "kupy bab", którym wszystko się myli i zaczęcie wszystkiego od nowa (proszę zwrócić uwagę na podany wyżej fakt, że jedyne amerykańskie zgromadzenia, w których rośnie liczba powołań, to te, które "wracają na tradycyjną drogę zakonną").

Pierwszy odruch – zawsze szczery – nie zawsze jest do przyjęcia.
Jestem bardzo ciekawa drugiego i następnych.
Ciekawa i niespokojna.


(2) Niech na całym świecie wojna. Byle polska wieś zaciszna. Byle polska wieś spokojna. (Wyspiański - "Wesele").
Oto, co w najlepszym razie słyszę, ilekroć objawię przerażenie lub choćby niepokój w sprawach współczesnego Kościoła Katolickiego, a kościoła w Polsce w szczególności.
W najgorszym razie zaś, muszę przywdziewać pancerz - tak drapią rożnego rodzaju, jak mówi mój krewki przyjaciel Maurycy, "święte megiery" (obu płci, zresztą).

Tym razem nie chcę rozwijać wątku stricte kościelnego. Chcę tylko przytoczyć jedną z możliwych reakcji na fakt, że niejaka "Gazeta Wyborcza" ma powód, aby chichotać: "Spada liczba powołań kapłańskich i zakonnych. Do zakonnych postulatów i nowicjatów w ub. roku zgłosiło się 653 młodych mężczyzn, a przed dwoma laty było ich 797".

Ta "jedna z możliwych" reakcja jest następująca, cyt. GW (Onet):
Zamiast "Rekolekcje powołaniowe 2010" salwatorianie proponują: "Mam talent - mogę zostać świętym!" i zapraszają na ferie uczniów.
Mam nadzieję, że żaden z kandydatów nie zapyta "A ile płacicie?" oraz pewność, że wśród salwatorian talentów nie braknie. Od co najmniej jednego pokolenia.

p.

środa, 3 lutego 2010

Józef Majewski "Stara nowa Msza"

CUDOWNY KRUCYFIKS Z LIMPIAS

Tygodnik Powszechny:

Swój artykuł, "Stara nowa Msza", Józef Majewski zaczyna następująco:
"Posoborowa liturgia Mszy świętej jest według Benedykta XVI... zainfekowana. W Stolicy Apostolskiej trwają prace nad planem ratunkowym – daleko idącymi zmianami w znanej nam liturgii."
Wystarczy, aby powróciła nadzieja, która błąkała się od kilkudziesięciu lat po bezdrożach.
Zawsze obecna, kładła palec na ustach i zachęcała do cierpliwości.

Czytamy, między innymi:
Przywrócić sacrum
           Słabością Mszy Pawła VI jest pozostawienie celebransom swobody w konstruowaniu niektórych aspektów liturgii, co pozwala – przekonywał kard. Ratzinger – na „fałszywą twórczość”. Cierpi na tym świętość, sakralność liturgicznego misterium, a tym samym gubi się prawda, że liturgia jest Bożym darem, który trzeba z należnym szacunkiem przyjmować, a nie manipulować nim.


Całość artykułu tutaj: http://tygodnik.onet.pl/32,0,40809,stara_nowa_msza,artykul.html

piątek, 29 stycznia 2010

"Starsi Bracia"

ks. prof dr hab. Waldemar Chrostowski : "Starsi Bracia" dylematy żydowsko - chrześcijańskie.


Jest to wykład niezwykłej wagi.
Od pierwszego słowa do ostatniego.
DO OSTATNIEGO !

Ostatnie słowa zawierają wnioski i podsumowania, dla wielu z nas tak śmiałe, że nieoczekiwane.
Ten wykład można, więc trzeba zarejestrować !
Posłuży wielokrotnie.

piątek, 22 stycznia 2010

Postępy ekumenizmu (1)



Ciekawych informacji dostarcza ostatni sondaż, jak co roku przeprowadzony przez Pew Forum on Religion and Public Life, tym razem na niemałej próbce 4037 osób, a dotyczący praktyk religijnych amerykańskich chrześcijan.

Okazuje się, że

- 30 % protestantów i 19 % katolików odwiedza "miejsca kultu" innych wyznań,

- 34 % amerykańskich katolików miało już kontakt ze zmarłymi,

- 22 % chrześcijan wierzy w reinkarnację,

- 23 % chrześcijan wierzy w astrologię,

- 17 % zetknęło się z duchem co najmniej raz (procent ten przeszło podwoił się w ciągu ostatnich 15 lat).



(za poważnym, prawicowym francuskim tygodnikiem MINUTE, z 6 stycznia 2010)



.

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Pierwszy post - trzy wspomnienia.

(grudzień 2006)
Hangar18 napisała:
...teraz potrzebne są dzienniczki, rejestracja kazdej obecności na mszy niedzielnej o wyznaczonej godzinie, mnósto zadań, umiejętność udzielania filozoficzno-teologicznych odpowiedzi na obowiązkowe pytania itd... podobno to ma pomóc w poznaniu Boga...
Horror. I co za błąd!
Czy coraz więcej szatana, czy głupiej gorliwości – tego nie rozstrzygnę. Tak, czy inaczej maszyna do produkcji przyszłych niewierzących kręci się.
Za sam pomysł kartek potwierdzających spowiedź (już wieloletni), a warunkujących przystąpienie do Komunii Św. - autor powinien być pogoniony do jakiegoś biskupstwa na Antarktydzie, gdzie mógłby szkodzić jedynie pingwinom.
Uczynienie z "domu Jego Ojca" kafkowskiego Urzędu jest obce nie tylko duchowi Ewangelii, ale również rozwojowi poczucia odpowiedzialności w szeregowym katoliku, który skądinąd miałby "iść na ubocze" i tam zwracać się do Boga, poczynając od Ojcze Nasz, któryś jest w niebie....
Jak potrząsnąć współczesnymi, mizernymi uczonymi w piśmie i sługami Lucyfera, którzy doskonale wiedzą, że nic nie zastąpi psucia "od wewnątrz" i że zastąpienie zaufania świstkami papieru, to znakomity początek w procesie zacierania wiary w młodym człowieku...
Jak to przerwać ?
I jak nie nadwerężyć przy tym absolutnie niezbędnego autorytetu Kościoła?
Co za temat do refleksji i modlitw...
p.

* * *

(grudzień 2007)

Jeszcze o Kościele:
Jean Clair, erudyta i człowiek wielkiej kultury, były dyrektor Muzeum Picasso, autor ekspozycji Melancholia (wielki sukces w Paryżu, 2 lata temu), w swojej książce Choroba muzeów wiedzie czytelnika do swojego dzieciństwa, spędzonego w małej wiosce w Maine, o tradycjach szuańskich:
"Chodziłem na mszę jak każdy. Sprawiało mi to przyjemność: blask witraży, błysk szat liturgicznych, zapach wosku i kadzidła, organy, śpiewy i wielki oczekiwany finał: dźwięk dzwonów. Taka mała "opera za trzy grosze", odgrywana każdej niedzieli".
Na pytanie, czy przewiduje swój powrót do chrześcijaństwa, Clair odpowiada, że powrót jest niemożliwy, bo nie ma do czego: "Chrześcijanin, szukający swych korzeni, znajdzie jedynie zdewastowaną ziemię, rozchwiane dogmaty i homilie, w których nikt już nie odważy się mówić o tajemnicy i świętości".

Cytuję mądrego Claira, bo mi smutno.
Niech będzie smutno jeszcze komuś.
Udowodni, że mądrość i wrażliwość nie "przeminęły z wiatrem" do reszty.

I jeszcze jedno z książki:
U Tomasza Manna (dr Faustus) można znaleźć zdanie: "Od kiedy kultura odłączyła się od kultu i sama stała się kultem, nie jest już niczym więcej niż śmieciem."

Pozdrawiam niespokojnych,
p.

* * *

(grudzień 2007)

nadistota napisał/a:
Sam obrządek jest mi znany.Nie rozumiem tylko czemu wzbudza opór, pytałem czy są jakieś głębsze przesłanki dla których jest odrzucany.
Droga nadistoto, zamiast linku pozwolę sobie zacytować tekst, który już raz zacytowałam, a który - mam nadzieję - swoim rozmiarem nie wysadzi w powietrze bazy danych forum.
Oto, co napisałam w odpowiedzi Abnegatowi, na forum NCzasu, w kwietniu 2005:

"Abnegat, a teraz parę słów o Mszy Świętej, jaką jeszcze pamiętam (i której należało "wysłuchać") oraz o nowej, w której przychodzi mi uczestniczyć.

Były czasy, kiedy tabernaculum z Ciałem Chrystusa znajdowało się w centrum ołtarza. Mszę odprawiał ksiądz, ksiądz czytał teksty (które głęboko rozumiał) i zwracał się do Boga Najwyższego na czele Ludu Bożego, zwrócony w tę samą co lud stronę. W stronę Nieskończoności. Pierwszy wśród nas, jeden z nas.
Msza była odprawiana po łacinie, czyli w języku uniwersalnym Kościoła. Była więc zrozumiała dla każdego katolika, gdziekolwiek by się nie znajdował. Pisze "zrozumiała", ponieważ wiele modlitewników zawierało tekst łaciński i tuż obok jego tłumaczenie na język polski (lokalny). Jeśli tłumaczenia nie było, to większość ludzi znajdowała w książeczkach do nabożeństwe teksty adekwatne. Co do mnie, to zawsze znajdowałam czas, aby przeczytać te teksty, a ich redakcja - dopracowana w ciągu wieków - była taka, że były one źródłem głębokiej medytacji.
Mówiono czasem w owym "starym" Kościele, że "kto śpiewa, dwa razy się modli" i śpiew z towarzyszeniem organów, intonowany i prowadzony przez zawodowego organistę dostarczał przeżyć szczególnych. Istotne momenty Mszy Świętej były akcentowane przez głos dzwonków, a zapach kadzidła wzmacniał wrażenie uczestniczenia w misterium. Ludzie byli ubrani starannie i pilnowano dzieci.
Ksiądz wygłaszał tzw. kazanie, w którym zajmował się problemami życiowymi i religijnymi, zarówno lokalnymi jak i ogólnymi. Ksiądz (na ogół "z głowy") ostrzegał, robił z wiernymi rachunek sumienia, czasem grzmiał i piętnował, czasem (często) czytał list pasterski biskupa lub prymasa.
Kończąc ten zwięzły opis dawnej Mszy, Polakom wciąż jeszcze cześciowo znanej (nie usunięto jeszcze w Polsce całej tradycji i nie zniknęli jeszcze doszczętnie ministranci), chcę podkreślić, że owszem - czuło się znaczenie i wyrazistość liturgii, ale w całości służyla ona skupieniu i medytacji.

A teraz przedstawię Panu moje wrażenia z Francji, z różnych parafii paryskich i podparyskich.
Po pierwsze, odprawia się bardzo niewiele Mszy. Msza ranna praktycznie nie istnieje. Na pierwszą można liczyć na ogół począwszy od 10.00, a drugiej albo nie ma, albo jest o 18.00.
Msza łacińska nie istnieje (jest dozwolona w przypadkach niezwykle rzadkich) i toczą się o nią wieloletnie, straszliwe, na ogół przegrane batalie.
Nie, i basta.
Biskupi są przeważnie postępowi i bp. Pieronek mógłby przy nich sprawiać wrażenie Torquemady lub Savonaroli. Biskupi są bardzo uważni w zakresie przypominania aktualnych świąt starozakonnych czy muzułmańskich, gesty ekumeniczne mają dobrze wyćwiczone, ale ich słuch w kwestii tradycji katolickiej jest niezykle słaby.
Lud Boży, stosunkowo nieliczny, urodzony na ogół w pierwszej połowie XX wieku albo poza kontynentem europejskim, ma za punkt honoru ubrać się na Mszę w sposób tak weekendowy jak to tylko jest możliwe. W mojej parafii, niedaleko ołtarza, tuż przed usuniętym z centrum ołtarza tabernaculum, leży na posadzce coś w rodzaju wielkiego materaca, po którym mogą skakać nieliczni, za to bardzo swobodni i głośni milusińscy (nos petites tetes blondes).
W mojej parafii Msza zaczyna się, kiedy cywilna ekipa liturgiczna na to zezwoli, czyli przeważnie 10 minut po czasie.
Sama ekipa, dosyć liczna, również dosyć starannie dba o strój "na luzie" (by nie powiedzieć niechlujny; mężczyźni niejednokrotnie paradują w dżinsach, w lecie krótkich, i w sportowym obuwiu na bose stopy). Ksiądz od czasu do czasu ma prawo ingerencji, ale przez dużą część Mszy siedzi sobie i - gdyby chciał - mógłby kręcić młynka palcami. Księży jest mało, a że organista to zjawisko rzadkie i kosztowne, to lud śpiewa co ekipa zaintonuje (czasem kompetentnie, czasem żałośnie kiepsko).
Uwaga, kazanie już nie istnieje. Istnieje homilia. Polega to na tym, że ksiądz taktownie unika wszelkich tematów zadrażniających, tj. aktualnych i życiowych, ograniczając się do interpretacji świeżo przeczytanej Ewangelii i lekcji. Przed wyborami przyprawia czasem tę homilię aluzjami na temat błędu, jakim byłoby głosowanie na Front Narodowy Le Pena. Wyjątki są rzadkie i dotyczą w większości księży w wieku przed- i poemerytalnym (jeden, mądry ksiądz, po długiej karierze afrykańskiej, napomknął raz nawet o katolicyźmie "zdekafeizowanym").
Dzwonki zostały z kościoła usunięte, więc moment Ofiary (Przeistoczenia, Podniesienia, jak kiedyś mówiono) nie jest zaznaczony w żaden szczególny sposób, jeśli nie liczyć ostatnio rodzaju śpiewu, jaki wykonują w tym momencie niektórzy księża. Ku mojej irytacji, bo powinien to być moment skupienia absolutnego, a nie akt nieuniknionego testowania księżowskiego słuchu muzycznego. Nowa Msza jest "bardzo mówiona", więc książka do nabożeństwa i modlitwa osobista zniknęły. Lud siada i wstaje, odpowiadając na wezwania celebranta (raz księdza, raz ekipy), a do jakiego stopnia mechanicznie, niech świadczy komiczna scena, kiedy to w środku homilii ksiądz zacytował "Pan z wami", a dzielny lud odpowiedział "i z duchem twoim". Na medytacje czasu nie ma, również dlatego że Msza jest dosyć animowana, z apogeum w okolicach "udzielania sobie znaku pokoju". Wszyscy łapią się za wszystkich, odchodzi zdrowe całowanie się, rekordziści potrafią obiec kilka rzędow, znajomi gonią do znajomych do przodu i do tyłu, sam ksiądz - zwłaszcza gdy młody i w adidasach - potrafi uściskać pół kościoła; w całości przekazywanie sobie pokoju, potu i bakterii fekalnych wywołuje w owieczkach spory entuzjazm. Chowanie się po nawach, zwłaszcza gdy na przykład samemu ma się katar i żadną ochotę na dzielenie się nim, nie zawsze skutkuje; gorliwcy mają oko bystre i zanim się człowiek obejrzy, już ma dłoń otuloną w dwie pulchne i mokre łapki. Nieskończenie bardziej odpowiada mi polski sposób przekazywania znaku pokoju przy pomocy słów i skinienia głowy.
Od jakiegoś czasu (a zaczęło się to chyba w Ameryce) jest moda na tworzenie łańcuchów podczas odmawiania Ojcze Nasz. Należy dać się złapać z obu stron i recytować Modlitwę Pańską z rękami coraz wyżej. Do modlitwy tej dorzuca się coraz częściej pewien nowy fragment i wtedy dochodzi do apoteozy - ręce fruną powyżej głowy.
Zaraz po tym można oglądać cywila (nigdy księdza), który w swoich dżinsach i łapciach udaje się do tabernaculum, skąd wraca z kielichem; moment Komunii Świętej jest bliski. Rozdaje ksiądz, a pozostałym dwóm, trzem, czterem kolejkom ekipa liturgiczna. W jednym z kościołów widziałam scenę, kiedy Ciało Pańskie wręczał cywil w swetrze, a obok stał czarny ksiądz w sutannie i komży, i pasywnie trzymał w ręku kielich z winem, w którym można było umoczyć opłatek. Jakkolwiek nie byłabym rozmodlona i pokorna, myśl o rozwaleniu komuś takiego naczynia o głowę odpieram nie bez pewnego wysiłku.
Do Komunii przystępują praktycznie wszyscy. Spowiedź wyszła z mody. Ludzie, którzy odwiedzają kościół przy okazji większych uroczystości religijnych, takich jak własny ślub czy pogrzeb teściowej, nie stawiają sobie - jak przypuszczam - szczególnych pytań w kwestii uprawnień do brania udziału w "przyjęciu eucharystycznym".
Słuchałam raz, jak jakaś młoda i postępowa mamuśka przemawiała z okazji chrztu własnego dziecka: "Teraz chrzcimy cię mój mały Nicolas, ale wiemy, że kiedy dorośniesz tak, czy inaczej będziesz miał prawo ten chrzest zaakceptować lub nie, i pamiętaj, że nie pragniemy ci narzucać czegokolwiek..." Itd. Księżulo obok utrzymywał oblicze wyrozumiałe i pogodne, i raz jeszcze zdałam sobie sprawę, w jakim kierunku wędruje sobie dzisiejszy "otwarty na swiat, wyrozumiały, tolerancyjny i nowoczesny" kościół, przerażony ewentualnymi wymaganiami, jakie mogłyby się któremuś z urzędników Pana Boga wypsnąć.

Żeby było jasne: jestem za dowolnością w sposobie udzielania Komunii Świętej (wolę na dłoń), przerażają mnie kartki i inne kwitki po spowiedzi, nie do końca jest dla mnie przekonywająca pozycja Kościoła w kwestii antykoncepcji (w odróżnieniu od kwestii morderstw popełnianych na dzieciach nienarodzonych; tutaj jest ona jasna i słuszna), mogę sobie wyobrazić zmiany w stanowisku Kościoła wobec rozwodów w pewnych sytuacjach - nikt więc nie powinien mi zarzucać że stanowię fragment jakiegoś tam betonu (chociaż bardzo cieszy mnie istnienie wpływowego Opus Dei i jestem za celibatem w stanie kapłańskim), ale patrzę z gniewem na psucie się i psucie od zewnątrz Kościoła Katolickiego, i osobiście wiążę wielkie nadzieje z Benedyktem XVI. Tym bardziej zresztą, że kardynał Ratzinger był dla mnie od lat ulubionym kardynałem, a etykietka Panzerkardinal była dla mnie sympatyczna.

Abnegat, naraziłam pańską cierpliwość na wielka próbę (jeśli Pan dotarł do tego miejsca), ale dał mi Pan okazję na to, na co miałam wielką chęć od dawna - na parę słów prawdy. Mojej prawdy.
Dodam, że unikałam kwestii ściśle teologicznych w liturgii, takich jak znaczenie pojawienie się stołu i ustawienia celebranta twarzą do wiernych, nowe koncepcje w zakresie Eucharystii i stopniowe przesuwanie liturgii w stronę rytów protestanckich, etc. Istnieje w tej dziedzinie sporo źródeł poważnych; moje ambicje były skromne - pokazać życie codzienne kościoła postępowego - umiłowanego kościoła katolewaków i innych progresistów. Smutne jest dla mnie, że obrońcy tradycji znajdują się na zewnątrz Kościoła, podczas gdy wspomniane wyżej kategorie uwijają się gorliwie pod jego dachem.
Nigdy jednak nie przestałam być optymistką.
A dzisiaj jestem nią bardziej niż kiedykolwiek ostatnio.
p."

A oto jeden z komentarzy do mojego tekstu, pióra "kra":

"Proszę pozwolić podziękować sobie za bardzo piękną i mądrą wypowiedź.
Ja również czasami uczestniczę w mszy porannej w amerykańskim kościele obok swego domu. Jako że do kościoła należy szkoła katolicka położona nieopodal, nasz doskonale zorganizowany proboszcz ustalił obecność jednej klasy w czasie mszy porannej. I chyba byłby to dobry pomysl zwłaszcza, że dziecinne główki pięknie prezentują się wśród amerykańskich "moherowych beretow", gdyby nie to, że dziatwa wpada do kościoła w tzw ostatnim momencie. Nie rzadko nawet bezpośrednio przed komunią, do której pędzą....spod drzwi.
Czy to nie jest PARANOJA???????
Kościół katolicki w Stanach przepoczwarza się w zastraszającym tempie w pewnego rodzaju skupiska grup środowiskowych, w których obowiązuje wspólnota zachowania i praktykowania pewnych gestów jak np ciągle jeszcze wypada przełożyć językiem gumę do żucia w jeden policzek w czasie przyjmowania komunii świętej. Proszę mi wybaczyć to porównanie, ale taki obrazek widzi sie na porządku dziennym.
Podzielam w pełni Pani entuzjazm dla Benedykta XVI i wierzę głęboko w jego mądrość pilnej potrzeby uzdrowienia kościoła od wewnątrz."

Parę wyjaśnień można znaleźć też tutaj: http://www.tradycja.koc.pl/pytania.htm

Pozdrowienia,
p.