Były czasy, kiedy tabernaculum z Ciałem Chrystusa znajdowało się w centrum ołtarza.
Odprawiający Mszę Świętą kapłan był zwrócony w stronę Boga Najwyższego, w stronę Nieskończoności.
Pierwszy wśród nas, jeden z nas.

wtorek, 18 maja 2010

Podkute buty i ślina

 
Kościół, Matka Nasza, aktów homoseksualnych wprawdzie nie akceptuje, ale, w dobroci swojej, samych sodomitów nie tylko traktuje z wyrozumieniem i współczuciem, ale nawet przygarnia na swoje łono. Pod warunkiem, że obiecają zatkać sobie uszy na te nieuchronne krzyki z wnętrza, które trudno przecedzić i umieścić w osobnych rubrykach "duch" i "ciało".

Powyższego zdania nie mogę puścić samopas.
(1) Użyłam rzeczownika "sodomici". Od kiedy jakiś organizm międzynarodowy w drodze głosowania zadekretował, że zamiłowanie do tej samej płci zboczeniem nie jest, pozostawiając zamiłowanie do zwierząt, trupów, bielizny i pożarów na boku, termin "zboczeniec" wydaje się w zastosowaniu niebezpieczny i zdolny zaprowadzić amatora do lochów. Pozostaje mi więc termin "sodomita", który ma źródło historyczne (biblijne) i nie powinien sprawiać żadnej przykrości kontynuatorom. Dodam, że terminu "gej" nie trawię, bo raz - że jest mylący, a dwa - że brzmi on mi jakoś lepko i obrzydliwie.

(2) Hardo i nietolerancyjnie oświadczam, że każdy kontakt z księdzem o widocznej orientacji homoseksualnej żadną przyjemnością dla mnie nie jest. Jakby nie wystarczyło, że w pewnych sprawach - ze względu na celibat - ksiądz sprawia wrażenie ślepego mówiącego o kolorach! Monopłciowe instytucje wewnątrzkościelne bądź prowadzone przez Kościół (seminaria, zakony, domy dziecka) również nie powinny być magazynami ze świeżym mięsem, i stąd - ostrożność odpowiedzialnych za Kościół będzie z pewnością rosnąć.
Jestem w tym momencie szorstka wobec najważniejszej z ludzkich instytucji - tej, która najpierw przez lata udawała, że patrzy gdzie indziej, a teraz, z przerażonych wiernych kupą, bardzo się dziwi poniesionym stratom moralnym i finansowym.
 
Mając teraz przed oczami własną mizerykordię, zerknijmy ciekawie, co nadchodzi z naprzeciwka. Oto ciekawy przykład, jeden z serii o wspólnej, jawnej lub ukrytej sprężynie.
 

 
Kiedy w lutym tego roku paryscy aktywiści homoseksualni ogłosili zamiar zorganizowania kiss-in przed Notre Dame, kontratak środowisk katolickich i patriotycznych sprawił, że prefektura policji zakazału "występów" przed katedrą. Towarzystwo zostało zmuszone do przeniesienia spektaklu w miejsce o charakterze neutralnym. Pewna liczba kochających inaczej postanowiła jednak wykonać przedstawienie przed katedrą, co napotkało opór ze strony kochających zwyczajnie. Przewidująca policja była na miejscu i - kto ciekawy - może sobie na przebieg wydarzeń popatrzeć tutaj: http://www.youtube.com/watch?v=ERG-r7i1lT4&feature=player_embedded
 
Minęły trzy miesiący i żądza prowokacji zawibrowała w aktywistach lyońskich. Subwencjonowana (sic!) przez miasto organizacja "Lesbian and Gay Pride de Lyon" ogłosiła, że jej członkowie będą trzeć się i zapadać w siebie ustami przed katedrą Świętego Jana. Do kontraktaku przystąpiła reszta świata, złożona z prymasa Francji, kardynała Barbarin, i wszystkich, którym droga jest wiara, tradycja i normalność:

 W rezultacie przewidziane na sobotę kiss-in nie mogło się odbyć. "Lesbian and Gay Pride de Lyon" postanowiła w tej sytuacji nalepić na swoje niepowodzenie plaster w postaci nowego terminu - wodewil ma być odegrany dzisiaj, we wtorek 18 maja 2010 r., przed tą samą katedrą Świętego Jana, w porze wyjścia z wieczornej Mszy Świętej.


Zobaczymy, czy pomoże petycja "Riposte catholique", którą można ujrzeć na stronie tej znakomitej organizacji ludzi normalnych: http://www.riposte-catholique.fr/?cat=10

Pozostaje mieć nadzieję, że policyjny palec wskaże sodomitom jakąś inna łąkę.
 
Ale uwaga, oni maszerują.

Te zdjęcia są z innej zabawy, ale buty biją o bruk podobnie:


  

piątek, 30 kwietnia 2010

Czy pan, proszę pani, nie jest, pani wybaczy, panem?

 
 
 
 

 
  

 


Ten uśmiechnięty, czy raczej zadumany Francuz, to Daniel Hamiche, myśliciel, autor wielu książek, dyrektor licznych publikacji i animator znakomitego, prawicowego Radio Courtoisie, z jego biuletynem "A l'écoute de Radio Courtoisie"  o wypielęgnowanej, zabawnie wystylizowanej na pierwszą połowę XX w. estetyce:


Daniel Hamiche jest również szefem redakcji świetnej, z godnością, ale bezzwłocznie reagującej strony "RIPOSTE-CATHOLIQUE". Strona ta dowodzi, że istnieją katolicy, zdolni tak szybko nastawić drugi policzek, że niejeden już sobie na nim połamał palce.


Zajrzałam przed chwiłą do "Riposty-Katolickiej" i co czytam: Assemblée parlementaire du Conseil de l’Europe : adoption du rapport Gross sur les droits homosexuels ("Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy: przyjęcie raportu Grossa w sprawie praw homoseksualistów").


Okazuje się, że Zgromadzenie przyjęło wczoraj (29 kwietnia 2010) raport autorstwa Andreasa Grossa, mający doprowadzić do eliminacji dyskryminacji na bazie "orientacji seksualnej" i "pojęcia płci"
W rezultacie:
"47 reprezentowanych w Radzie Europy państw jest proszonych o zagwarantowanie "prawnego uznania par tej samej płci, ilekroć ustawodawstwo krajowe takie uznanie przewiduje" i możliwości powierzenia tego typu parom partnerskim "odpowiedzialności rodzicielskiej" wobec dzieci każdego z partnerów, przy wzięciu pod uwagę dobra dzieci."
Podany na stronie link zaprowadził mnie do szczegółów, na blogu pt. "Le blog de Jeanne Smits" (poświęconemu "międzynarodowym nowościom z zakresu kultury życia i kultury śmierci").

Dowiedziałam się, że w oświadczeniu Rady Europy, znajdują się następujące sformułowania:
"Przypominając, że wykorzenienie homofobii i transfobii wymaga politycznego zdecydowania krajów członkowskich, przyjęty tekst wymaga zarazem zarówno gwarancji prawnych i praktycznych wobec osób będących w konflikcie z własną płcią w sensie biologicznym (personnes transgenres, transseksualiści ), polegającą na uznaniu wobec nich płci, jakiej sobie życzą, jak i zagwarantowania im dostępu do procedur medycznych, umożliwiających konwersję płciową.

W oparciu o raport Andreasa Grossa (Szwajcaria, SOC), posłowie wyrazili troskę wobec gwałcenia praw do wolności zbierania się i wolności słowa lesbijek, gejów, biseksualistów i transseksualistów w wielu krajach członkowskich Rady Europy, oraz wobec wyrazów nienawiści ze strony pewnych polityków, osób duchownych i innych reprezentantów społeczeństwa."
Grunt jest więc przygotowywany. Systemy zdrowia, prawie wszędzie "na ostatnich nogach", zostaną - tam , gdzie jeszcze nie są - zobowiązane do dopasowywania płciowych organów do płciowych skłonności, podczas gdy wielka postępowa larwa będzie spokojnie nasuwać się na Europę. Aż zniknie wszelka jednoznaczność i łatwiej będzie Złu zarządzać dnem wiadra, na którym będziemy się roili, zadowoleni z futbolu, gier komputerowych i pornografii. W tym samym czasie "pożyteczni idioci" Bestii będą piłowali pień Drzewa Wiadomości Dobrego i Złego.
 
Na razie Przewodniczącym Parlamentu UE jest Jerzy Buzek; jednak na mocy cuchnącego kompromisu, w jego fotelu pojawi się wkrótce to:

Martin Schulz, socjalista niemiecki
i sprawy nie będą łatwiejsze.

Kto jest ciekaw konterfektu autora raportu, Andreasa Grossa, Szwajcara z korzeniami orientalnymi, a nie ma zdrowia, aby biegać po sieci, może sobie tutaj obejrzeć ten oto jego wizerunek młodzieńczy (wygląda jakby miał zamiar kichnąć):
i tę powierzchowność bieżącą:


 A przy okazji ten, pochodzący z jego strony personalnej, symboliczny obrazek:
praczka

środa, 7 kwietnia 2010

"Za jaką religię się łapać" i inne opowiadania

.
.
.

"Na pochyłe drzewo wszystkie kozy skaczą", powiada stare przysłowie, a kto nie trzyma głowy pod poduszką, widzi jak od nowa gorączki dostały i jęły skakać na Kościół Katolicki pewne kozy. Mniej więcej od czasu, jak Benedykt XVI otworzył okna w kościelnej rekwizytorni i nakazał wyciągnięcie na światło wartości, upychanych tam od kilkudziesięciu lat przez tych swoich poprzedników, którzy, zasłuchani w śpiew masońskiej Lorelei albo zapatrzeni w światło własnej latarki, przestali uważać na skały. Arki wprawdzie nie zatopili, ale narazili ją na manewry budzące na jednym brzegu radość, a na drugim szyderstwo.

Jeśli wierzyć mediom, nerwowe kozy są nieskazitelnie białe i dobrze utrzymane.
A schowany w cieniu cap dyrygent - jeszcze bielszy i jeszcze cnotliwszy.

Jakkolwiek cała akcja, wobec mądrej reakcji głowy Kościoła, pali na panewce, a liczne głośniki są dyskretnie demontowane, to czas nadchodzi, aby nie tylko następcę Świętego Piotra poprzeć silniej niż kiedykolwiek, ale również postawić pytanie, czy dzisiejszy Kościół pochyłe drzewo przypomina, a jeśli nie w całości - to czy aby niektórych gałęzi zbyt nisko nie opuścił, a na innych nie pozwolił instalować gniazd ptakom roznoszącym zarazę.

Trzy miesiące temu, na forum Stanisława Michalkiewicza, miała miejsce krótka wymiana zdań między kitowiczem a Gardienem.
 
kitowicz:
Żydzi ganią Papieża za kanonizację Piusa XII,
myśliciele nowocześni za kanonizację JP2.
Oba skrzydła trzepocą w idealnej koordynacji.
(...)
Benedykt XVI, przejął odradzający się Kościół,
wzmocniony zewnętrznie w skutek powrotu do korzeni, misji.
Słabnący w środku, przez krytykę tradycjonalistów uważających,
że zbawienie osiąga się po łacinie.
Gardien:
Pan chce być neutralnie sprawiedliwy i szuka złotego środka. Intencję rozumiem, ale tego rodzaju podejście gwarantuje danie "Kapuśniak peruwiański z kwasem solnym i bitą śmietaną".
Nie podrwiwam, tylko daję wyraz irytacji.


Benedykt XVI przyjął Kościół
- użerający się po sądach z ofiarami pedofilów w koloratkach (gdzie te sutanny, orłów, sokołów, bażantów?!),
- z różowymi balecikami w amerykańskich seminariach,
- z pier...lniętymi siostrami zakonnymi, odrzucającymi we wstępnej selekcji kandydatów do tych seminariów (bo zbyt maryjni lub kolanowo-pobożni),
- z mętlikiem w ekumenicznych głowach wiernych, nie wiedzących za jaką religię się łapać,
- z wprawnymi turystami religijnymi, szukającymi głębi w charyzmatycznym bełkocie, etc. etc.


Nie czynię bilansu rządów JPII, bo w tej wersji byłby skandalicznie krzywdzący. Chcę tylko pokazać, że tak się ten Kościół "odradzał", że gdyby nie został zatrzymany, to za 20 lat, po śmierci ostatnich babć, kościelny wracałby z jedną, własną monetą na tacy.


Jak może Pan pisać, że "tradycjonaliści uważają, że zbawienie osiąga się po łacinie", podczas gdy dla tradycjonalistów łacina jest tylko jednym z elementów dających Kościołowi spójność geograficzną i historyczną. I wyraz estetyczny. I misterium, którego publiczność "siada-wstaje-mówi-siada-nie posiedzi-wstaje-mówi" nie zna, bo skąd, bo jak ?!
Niech Pan skwituje moją wypowiedź, jak Pan chce - wściekłe dewotki czekają, a ja tylko dorzuciłem obiekcję i nie mam ochoty na przyglądanie się, jak pracują ich łopaty."
Znający moje pisanie Czytelnik łatwo odgadnie, że przy całym szacunku dla mądrego Pana kitowicza, całkowicie zgadzam się z Gardienem (prawie co do litery, i to nie tylko ze względu na fakt, … że nie zawsze pisuję pod pseudonimem "praczka" ).

Gardien wymienia "mętlik w ekumenicznych głowach wiernych, nie wiedzących za jaką religię się łapać". Znakomicie zajął się wychodzącym poza chrześcijańskie ramy ekumenizmem Stanisław Michalkiewicz, w swoim felietonie "Żołnierze przeciw ekumeniakom" (tyg."Najwyższy Czas!" z 2 kwietnia 2010).

Nie potrafię oprzeć się pokusie, żeby nie podać, w formie przynęty, kilku cytatów:



"Nawiasem mówiąc, trudno zgadnąć, z kim właściwie ten „dialog” się toczy, kto konkretnie przemawia w imieniu „judaizmu”. W Kościele katolickim sytuacja jest jasna: Roma locuta, causa finita. A w judaizmie? Przecież co rabin to „judaizm”. W tej sytuacji jest oczywiste, że ten cały „dialog” sprowadza się do mizdrzenia się salonowych ekumeniaków, którzy skaczą przed Żydami z gałęzi na gałąź. Ale mniejsza o to, bo nadchodzi Wielkanoc, a wraz z nią – najtrudniejszy moment dla „dialogu z judaizmem”, cokolwiek by on nie oznaczał. Chodzi oczywiście o fragment Ewangelii św. Mateusza opowiadający, jak to żołnierze pilnujący grobu Jezusa zameldowali arcykapłanom i starszym ludu, co się tam wydarzyło, zaś tamci – „po naradzie” - więc początkowo się wahali – przekupili żołnierzy by puścili w świat wersję o wykradzeniu zwłok i obiecali, że „pomówią” z namiestnikiem, czyli Piłatem, żeby nie karał ich za spanie na warcie. Z tego fragmentu Ewangelii wyraźnie wynika, że o ile przedtem można jeszcze zakładać dobrą wiarę u arcykapłanów i starszych ludu, to OD TEJ PORY judaizm wygląda na zwyczajny i świadomy PRZEKRĘT – chyba, że koloryzował św. Mateusz. Ale czyż Kościół katolicki może dopuścić możliwość, że któryś z ewangelistów koloryzował, zwłaszcza w takiej sprawie? Jasne, że nie może. No to jak z tego wybrnąć, jak głosić Ewangelię o Zmartwychwstaniu, a jednocześnie ekumenicznie pić Żydom z dzióbków na eleganckich sympozjonach?


Z pomocą przychodzą krętacze, zwani dla niepoznaki teologami."
(...)
"Czy przypadkiem nie te ekumeniczne sofizmata miał na myśli św. Paweł, jeszcze w głębokiej starożytności przestrzegając, że „gdyby Chrystus nie zmartwychwstał – próżna byłaby nasza wiara”? Skoro w samym Kościele katolickim podważany jest historyczny charakter Zmartwychwstania, to nic dziwnego, że na Zachodzie pustoszeją kościoły. U nas wygląda to lepiej, bo jeszcze w czasach saskich w „laikacie” ugruntowała się dewocja obyczajowa („ukrajemy szyneczki, umaczamy w chrzanie; jakżeś dobrze uczynił, żeś zmartwychwstał, Panie”), podobnie, jak i po stronie przewielebnego duchowieństwa („Boga chwal, sztukę mięsa wal – ot, co jest!”), a do tego głęboka wiara nie jest koniecznie potrzebna. Zresztą – jaka tam „głęboka wiara” – jeśli jej przedmiotem miałyby być jakieś halucynacje uczniów – bo inaczej załamie się dialog z judaizmem? Gdy chrześcijaństwo podbijało Europę, wybitni ludzie Kościoła inaczej myśleli: „dla dobra przecież naszej wiary, dzięki której RÓŻNIMY SIĘ (podkr. SM) od pogan, Żydów i heretyków...”? – pisał w Liście V do papieża Bonifacego IV w początkach VII wieku św. Kolumban. Wcale nie chciał być taki sam, jak wszyscy. "
Wiara bywa ślepa, ale gdyby chociaż mogła za każdym razem przenosić góry...

A chociażby jedną górę - żeby druga strona zabrała się za oczyszczenie Talmudu z bluźnierstw, które w trakcie dialogu jak robaki wiją się pod każdą jarmułką.
Nieuchronnie. I bez względu na urodę i wielkość stołu, zza którego strony dialogują.

sobota, 13 lutego 2010

Jeszcze o zabawach liturgicznych, czyli o radosnej twórczości urzędników wyświęconych. Bardzo wysokich, wysokich i niższych



Śmiech nie ma granic, czyli "Msza Święta" dla rodzin w Salzburgu (Austria),
celebrowana przez abpa Alojzego Kothgassera
wspomaganego przez zespół "ClownDoctors Salzburg"

Powyższy obrazek pożyczyłam ze strony http://breviarium.blogspot.com/2005_11_01_archive.html (Kronika Novus Ordo, Breviarium Historiæ Ecclesiæ Postconciliaris).


Jedni śmiech wywołują, drudzy z ich śmiechu płaczą.
Oto dwa video - wstrząsające, a jednocześnie wyważone w tonie i dobrze komentowane:



Niech ci, którzy zdecydują się obejrzeć oba filmy, starannie i w całości, przygotują się na coś specjalnego, co nastąpi w drugiej połowie video nr 2.
Starsi wzruszą się, młodzi – zatęsknią.
A przedtem... no cóż, sami zobaczą.

Kościół rzymsko-katolicki powoli powraca do Tradycji. Trzeba widzieć skalę ostatnich zniszczeń, aby pojąć jaką szansę dla Kościoła stanowi Benedykt XVI. Oby zachował zdrowie. Jak najdłużej.

Pozostaje nadzieja i cierpliwość. Nadzieja nigdy nie umrze, cierpliwość może być wystawiona na próbę.

p.

czwartek, 11 lutego 2010

Nad pięknym, modrym Dunajem



Wiedeń - afisz imprezy Donau Insel Fest


Na forum Frondy trafiłam na post zatytułowany "Liturgiczny koszmar w Wiedniu - niech ich im Bóg wybaczy" i odkryłam reportaż z ... no właśnie – przeżyjmy to razem, tutaj !

p.

poniedziałek, 8 lutego 2010

Zakonne feministki. Salwatorianie: "Mam talent - mogę zostać świętym!"


Gala "Proboszcz roku"
(1) Ciekawy artykuł: Józef Majewski "Zakonnic kłopoty z doktryną" (Tygodnik Powszechny, 29 kwiecień 2009)


Nadzieja, że "Kościoła kłopoty z zakonnicami" (USA) zostały od tego czasu rozwiązane jest prawdopodobnie płonna; byłoby mi jednak bardzo przykro, gdyby te kłopoty rozwiązały się same – z braku zakonnic.
Dynamika powołań jest następująca:
W ostatniej dekadzie amerykańskie zakony żeńskie borykają się z kryzysem powołań i tożsamości. Jeszcze w 1965 r. było ich 175 tys., w 2000 r. – 80 tys., dziś – 68 tys., przy czym średnia wieku sióstr wynosi 65 lat.

Jak pisze dalej Majewski, "Tym, co przede wszystkim spędza sen z powiek LCWR, jest poszukiwanie nowej formuły życia zakonnego i duchowości zakonnej."
A wcześniej:
"Konferencja Kierownictwa Zakonów Żeńskich powstała w 1956 r. Dziś liczy ponad 1500 członkiń, które reprezentują 95 proc. wszystkich zakonnic w USA. Zakonnice spod znaku LCWR nie noszą habitów (nie należy ich mylić jednak z tzw. zgromadzeniami bezhabitowymi), ponieważ stronią od tradycyjnej duchowości zakonnej."
A teraz niech łaskawy Czytelnik nastawi uszu i nie zniechęci się długością cytatu (podkreślenia moje – p.):
Wśród wykładów wygłoszonych podczas spotkań LCWR w ostatnich latach – w kontekście decyzji KNW – na czoło wysuwa się wystąpienie dominikanki Laurie Brink, biblistki z Catholic Theological Union w Chicago. Jego treść zrobiłaby mocne wrażenie, jak sądzę, nawet na niejednym katolickim progresiście, a co dopiero na KNW.

S. Brink przedstawiła cztery główne modele żeńskiego życia zakonnego w USA czy też kierunki, w jakich – jej zdaniem – ono zmierza. W pierwszym modelu: "umieranie z godnością i wdziękiem" – raczej nie widzi się już nadziei dla zakonów. Drugi: "zgoda na oczekiwania innych" – tu kobiety, zgodnie z wolą władz kościelnych, wracają na tradycyjną drogę zakonną (to jedyne amerykańskie zgromadzenia, w których rośnie liczba powołań). Trzeci: "wędrówka w Nowej Ziemi, jeszcze nieznanej". Czwarty: "pojednanie w imię misji": powołaniem zakonnic jest działalność na rzecz pojednania w świecie i Kościele, "najpierw – powiedziała s. Brink – z naszym hierarchicznym Kościołem, od którego doświadczamy nadużyć, opresji, lekceważenia i dominacji".
Czytelnik obecny, jeszcze nie zniechęcony? – Niech więc przełknie i to:
Szczególną uwagę przykuwa model trzeci. Część zakonnic – mówiła s. Brink – kieruje się "poza Kościół, nawet poza Jezusa" – wspólnota tego rodzaju "już dłużej nie jest kościelna. Rozrasta się poza granice religii instytucjonalnej". Dla tych kobiet "narracja Jezusa nie jest jedyną czy najważniejszą. One wciąż trwają przy wartościach Ewangelii i je czczą, lecz również uznają, że te same wartości są właściwe nie tylko chrześcijaństwu. (...) Jezus nie jest jedynym Synem Bożym. Zbawienie nie ogranicza się do chrześcijan. Mądrość [Boża] znajduje się w tradycjach Kościoła, ale też poza nim". Wniosek: przedstawicielki tego modelu "z pewnością są kobietami religijnymi [religious women], ale już dłużej nie są kobietami zakonnymi [women religious, »zakonnicami«] zgodnie z definicją przyjmowaną w Kościele rzymskokatolickim".

No cóż pierwszym odruchem – prawdopodobnie nie do przyjęcia – byłoby rozpędzenie na cztery wiatry tej "kupy bab", którym wszystko się myli i zaczęcie wszystkiego od nowa (proszę zwrócić uwagę na podany wyżej fakt, że jedyne amerykańskie zgromadzenia, w których rośnie liczba powołań, to te, które "wracają na tradycyjną drogę zakonną").

Pierwszy odruch – zawsze szczery – nie zawsze jest do przyjęcia.
Jestem bardzo ciekawa drugiego i następnych.
Ciekawa i niespokojna.


(2) Niech na całym świecie wojna. Byle polska wieś zaciszna. Byle polska wieś spokojna. (Wyspiański - "Wesele").
Oto, co w najlepszym razie słyszę, ilekroć objawię przerażenie lub choćby niepokój w sprawach współczesnego Kościoła Katolickiego, a kościoła w Polsce w szczególności.
W najgorszym razie zaś, muszę przywdziewać pancerz - tak drapią rożnego rodzaju, jak mówi mój krewki przyjaciel Maurycy, "święte megiery" (obu płci, zresztą).

Tym razem nie chcę rozwijać wątku stricte kościelnego. Chcę tylko przytoczyć jedną z możliwych reakcji na fakt, że niejaka "Gazeta Wyborcza" ma powód, aby chichotać: "Spada liczba powołań kapłańskich i zakonnych. Do zakonnych postulatów i nowicjatów w ub. roku zgłosiło się 653 młodych mężczyzn, a przed dwoma laty było ich 797".

Ta "jedna z możliwych" reakcja jest następująca, cyt. GW (Onet):
Zamiast "Rekolekcje powołaniowe 2010" salwatorianie proponują: "Mam talent - mogę zostać świętym!" i zapraszają na ferie uczniów.
Mam nadzieję, że żaden z kandydatów nie zapyta "A ile płacicie?" oraz pewność, że wśród salwatorian talentów nie braknie. Od co najmniej jednego pokolenia.

p.

środa, 3 lutego 2010

Józef Majewski "Stara nowa Msza"

CUDOWNY KRUCYFIKS Z LIMPIAS

Tygodnik Powszechny:

Swój artykuł, "Stara nowa Msza", Józef Majewski zaczyna następująco:
"Posoborowa liturgia Mszy świętej jest według Benedykta XVI... zainfekowana. W Stolicy Apostolskiej trwają prace nad planem ratunkowym – daleko idącymi zmianami w znanej nam liturgii."
Wystarczy, aby powróciła nadzieja, która błąkała się od kilkudziesięciu lat po bezdrożach.
Zawsze obecna, kładła palec na ustach i zachęcała do cierpliwości.

Czytamy, między innymi:
Przywrócić sacrum
           Słabością Mszy Pawła VI jest pozostawienie celebransom swobody w konstruowaniu niektórych aspektów liturgii, co pozwala – przekonywał kard. Ratzinger – na „fałszywą twórczość”. Cierpi na tym świętość, sakralność liturgicznego misterium, a tym samym gubi się prawda, że liturgia jest Bożym darem, który trzeba z należnym szacunkiem przyjmować, a nie manipulować nim.


Całość artykułu tutaj: http://tygodnik.onet.pl/32,0,40809,stara_nowa_msza,artykul.html