Bieżące 65
6 lat temu
"Czy można pogodzić takie poglądy z pracą naukową na uczelni katolickiej? - Na naszej katolickiej uczelni pracują i studiują również osoby niewierzące. Regulamin pracy zabrania dyskryminacji ze względu na stosunek do religii. Ten warunek nie obowiązuje jedynie na Wydziale Teologii, gdzie pracować mogą wyłącznie osoby uznające nauczanie moralne i społeczne Kościoła – wyjaśnia w rozmowie z portalem Fronda.pl ks. dr Wojciech Rzepa, teolog moralista z KUL."
"Nie mówię, że antykoncepcja zawsze jest dobra. Dołączam się jedynie do głosów teologów, i to wybitnych (np. Rahner, Häring, Fuchs, Demmer), którzy twierdzą, że nie można udowodnić na podstawie analizy prawa naturalnego, że w każdym przypadku jest moralnie zła. I postuluję, by decyzję, czy antykoncepcja buduje związek, czy osłabia, zostawić małżonkom ze względu na ich specyficzną sytuację rodzinną i intuicję moralną. Prawdą jest, że odkrycie pigułki antykoncepcyjnej przyczyniło się do permisywizmu moralnego, ale powoływanie się na ten fakt zniekształca spór."
"Z badań wynika, że nauczanie Kościoła o antykoncepcji sprawia kłopot katolikom, którzy poważnie traktują swoją wiarę i wcale nie zamykają się na dzieci. To często są małżeństwa wielodzietne, a nie żadni rozpasani hedoniści. Najnowsze badania przeprowadzone przez Instytut Humboldta w Wielkiej Brytanii wśród katolików aktywnie biorących udział w życiu religijnym pokazują, że od 40 lat nic się nie zmieniło. Te osoby uważają małżeństwo i rodzinę za dużą i pożądaną wartość, ale nie akceptują w pełni nauczania na temat antykoncepcji. Tak jest w Europie i Ameryce."I dalej, na pytanie :
"Kościelne "nie" dla antykoncepcji jest dla większości katolików "oczywistą oczywistością". Ty od pewnego czasu udowadniasz - co wywołało już wiele głosów oburzenia - że tak nie jest. Antykoncepcja dzieliła Kościół?"odpowiedź - Cytat (5) :
"Dzieliła i dzieli nadal, a ja to opisuję i próbuję zrozumieć. Warto podkreślić, że ten aspekt nauczania Kościoła spotykał się od lat z oporem nie tylko wśród wiernych, lecz także wśród samych hierarchów. Wprawdzie nigdy żaden lokalny episkopat nie odciął się od papieża Pawła VI po jego encyklice "Humanae Vitae" z 1968 r. [dalej: "HV"] potępiającej sztuczne sposoby regulacji poczęć, ale wielu biskupów miało trudność z jej przyjęciem w całości. Duchowni i świeccy zgłaszali swoje wątpliwości i tak jest do dzisiaj."
"Tylko czy słusznie? Bez odwoływania się do autorytetu Kościoła trudno obronić tezę, że każdy akt rozdzielenia aspektu seksualnego od prokreatywnego jest wewnętrznie zły. Przecież większość stosunków jest niepłodna. Czym więc się różni etycznie takie współżycie od współżycia przy zastosowaniu antykoncepcji, skoro intencja jest ta sama? Twierdzenia, że gdy nie ma możliwości prokreacji w sposób naturalny, to tym samym współżycie jest chronione przed depersonalizacją, nie da się utrzymać. Teza, że w antykoncepcji chodzi jedynie bądź przede wszystkim o przyjemność, również nie jest uniwersalną zasadą."Na końcowe pytanie: "Wierzysz, że nastąpi zmiana w nauczaniu Kościoła o antykoncepcji? "
"Może ona nastąpić, ale jedynie na następnym soborze. Wierzę, że prawda jest przed autorytetem. Jeśli tak wielu katolików chodzących do Kościoła, modlących się i dbających o siebie i swoje dzieci uważa, że obecne nauczanie jest zbyt restrykcyjne, a nawet szkodliwe dla ich związków, to wierzę ich intuicji moralnej. Nie można zakładać, jak robią to niektórzy katolicy, że brak im heroizmu, bo rozwiązaniem ich problemów jest wstrzemięźliwość seksualna. Heroizm jest odpowiedzialnością za siebie nawzajem i dzieci. Nie musi mieć jedynie charakteru ascetycznego. Miłość małżonków jest najlepszą szkołą heroizmu i odpowiedzialności, a nie ich postawa wobec antykoncepcji."Link do całości, tutaj.
"Gdybyście zrozumieli, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary, nie potępialibyście niewinnych."Cytat (10) :
(Mt 12,1-8)
"Na katedrze Mojżesza zasiedli uczeni w Piśmie i faryzeusze.
Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie. Mówią bowiem, ale sami nie czynią.
Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą.
Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać.
Rozszerzają swoje filakterie i wydłużają frędzle u płaszczów.
Lubią zaszczytne miejsca na ucztach i pierwsze krzesła w synagogach.
Chcą, by ich pozdrawiano na rynkach i żeby ludzie nazywali ich Rabbi.
Otóż wy nie pozwalajcie nazywać się Rabbi, albowiem jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy braćmi jesteście.
Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie.
Nie chciejcie również, żeby was nazywano mistrzami, bo jeden jest tylko wasz Mistrz, Chrystus."
(Mt 23,1-12)


(1) Użyłam rzeczownika "sodomici". Od kiedy jakiś organizm międzynarodowy w drodze głosowania zadekretował, że zamiłowanie do tej samej płci zboczeniem nie jest, pozostawiając zamiłowanie do zwierząt, trupów, bielizny i pożarów na boku, termin "zboczeniec" wydaje się w zastosowaniu niebezpieczny i zdolny zaprowadzić amatora do lochów. Pozostaje mi więc termin "sodomita", który ma źródło historyczne (biblijne) i nie powinien sprawiać żadnej przykrości kontynuatorom. Dodam, że terminu "gej" nie trawię, bo raz - że jest mylący, a dwa - że brzmi on mi jakoś lepko i obrzydliwie.
(2) Hardo i nietolerancyjnie oświadczam, że każdy kontakt z księdzem o widocznej orientacji homoseksualnej żadną przyjemnością dla mnie nie jest. Jakby nie wystarczyło, że w pewnych sprawach - ze względu na celibat - ksiądz sprawia wrażenie ślepego mówiącego o kolorach! Monopłciowe instytucje wewnątrzkościelne bądź prowadzone przez Kościół (seminaria, zakony, domy dziecka) również nie powinny być magazynami ze świeżym mięsem, i stąd - ostrożność odpowiedzialnych za Kościół będzie z pewnością rosnąć.Jestem w tym momencie szorstka wobec najważniejszej z ludzkich instytucji - tej, która najpierw przez lata udawała, że patrzy gdzie indziej, a teraz, z przerażonych wiernych kupą, bardzo się dziwi poniesionym stratom moralnym i finansowym.
"47 reprezentowanych w Radzie Europy państw jest proszonych o zagwarantowanie "prawnego uznania par tej samej płci, ilekroć ustawodawstwo krajowe takie uznanie przewiduje" i możliwości powierzenia tego typu parom partnerskim "odpowiedzialności rodzicielskiej" wobec dzieci każdego z partnerów, przy wzięciu pod uwagę dobra dzieci."Podany na stronie link zaprowadził mnie do szczegółów, na blogu pt. "Le blog de Jeanne Smits" (poświęconemu "międzynarodowym nowościom z zakresu kultury życia i kultury śmierci").
Grunt jest więc przygotowywany. Systemy zdrowia, prawie wszędzie "na ostatnich nogach", zostaną - tam , gdzie jeszcze nie są - zobowiązane do dopasowywania płciowych organów do płciowych skłonności, podczas gdy wielka postępowa larwa będzie spokojnie nasuwać się na Europę. Aż zniknie wszelka jednoznaczność i łatwiej będzie Złu zarządzać dnem wiadra, na którym będziemy się roili, zadowoleni z futbolu, gier komputerowych i pornografii. W tym samym czasie "pożyteczni idioci" Bestii będą piłowali pień Drzewa Wiadomości Dobrego i Złego."Przypominając, że wykorzenienie homofobii i transfobii wymaga politycznego zdecydowania krajów członkowskich, przyjęty tekst wymaga zarazem zarówno gwarancji prawnych i praktycznych wobec osób będących w konflikcie z własną płcią w sensie biologicznym (personnes transgenres, transseksualiści ), polegającą na uznaniu wobec nich płci, jakiej sobie życzą, jak i zagwarantowania im dostępu do procedur medycznych, umożliwiających konwersję płciową.
W oparciu o raport Andreasa Grossa (Szwajcaria, SOC), posłowie wyrazili troskę wobec gwałcenia praw do wolności zbierania się i wolności słowa lesbijek, gejów, biseksualistów i transseksualistów w wielu krajach członkowskich Rady Europy, oraz wobec wyrazów nienawiści ze strony pewnych polityków, osób duchownych i innych reprezentantów społeczeństwa."
Żydzi ganią Papieża za kanonizację Piusa XII,Gardien:
myśliciele nowocześni za kanonizację JP2.
Oba skrzydła trzepocą w idealnej koordynacji.
(...)
Benedykt XVI, przejął odradzający się Kościół,
wzmocniony zewnętrznie w skutek powrotu do korzeni, misji.
Słabnący w środku, przez krytykę tradycjonalistów uważających,
że zbawienie osiąga się po łacinie.
Pan chce być neutralnie sprawiedliwy i szuka złotego środka. Intencję rozumiem, ale tego rodzaju podejście gwarantuje danie "Kapuśniak peruwiański z kwasem solnym i bitą śmietaną".Znający moje pisanie Czytelnik łatwo odgadnie, że przy całym szacunku dla mądrego Pana kitowicza, całkowicie zgadzam się z Gardienem (prawie co do litery, i to nie tylko ze względu na fakt, … że nie zawsze pisuję pod pseudonimem "praczka" ).
Nie podrwiwam, tylko daję wyraz irytacji.
Benedykt XVI przyjął Kościół
- użerający się po sądach z ofiarami pedofilów w koloratkach (gdzie te sutanny, orłów, sokołów, bażantów?!),
- z różowymi balecikami w amerykańskich seminariach,
- z pier...lniętymi siostrami zakonnymi, odrzucającymi we wstępnej selekcji kandydatów do tych seminariów (bo zbyt maryjni lub kolanowo-pobożni),
- z mętlikiem w ekumenicznych głowach wiernych, nie wiedzących za jaką religię się łapać,
- z wprawnymi turystami religijnymi, szukającymi głębi w charyzmatycznym bełkocie, etc. etc.
Nie czynię bilansu rządów JPII, bo w tej wersji byłby skandalicznie krzywdzący. Chcę tylko pokazać, że tak się ten Kościół "odradzał", że gdyby nie został zatrzymany, to za 20 lat, po śmierci ostatnich babć, kościelny wracałby z jedną, własną monetą na tacy.
Jak może Pan pisać, że "tradycjonaliści uważają, że zbawienie osiąga się po łacinie", podczas gdy dla tradycjonalistów łacina jest tylko jednym z elementów dających Kościołowi spójność geograficzną i historyczną. I wyraz estetyczny. I misterium, którego publiczność "siada-wstaje-mówi-siada-nie posiedzi-wstaje-mówi" nie zna, bo skąd, bo jak ?!
Niech Pan skwituje moją wypowiedź, jak Pan chce - wściekłe dewotki czekają, a ja tylko dorzuciłem obiekcję i nie mam ochoty na przyglądanie się, jak pracują ich łopaty."
"Nawiasem mówiąc, trudno zgadnąć, z kim właściwie ten „dialog” się toczy, kto konkretnie przemawia w imieniu „judaizmu”. W Kościele katolickim sytuacja jest jasna: Roma locuta, causa finita. A w judaizmie? Przecież co rabin to „judaizm”. W tej sytuacji jest oczywiste, że ten cały „dialog” sprowadza się do mizdrzenia się salonowych ekumeniaków, którzy skaczą przed Żydami z gałęzi na gałąź. Ale mniejsza o to, bo nadchodzi Wielkanoc, a wraz z nią – najtrudniejszy moment dla „dialogu z judaizmem”, cokolwiek by on nie oznaczał. Chodzi oczywiście o fragment Ewangelii św. Mateusza opowiadający, jak to żołnierze pilnujący grobu Jezusa zameldowali arcykapłanom i starszym ludu, co się tam wydarzyło, zaś tamci – „po naradzie” - więc początkowo się wahali – przekupili żołnierzy by puścili w świat wersję o wykradzeniu zwłok i obiecali, że „pomówią” z namiestnikiem, czyli Piłatem, żeby nie karał ich za spanie na warcie. Z tego fragmentu Ewangelii wyraźnie wynika, że o ile przedtem można jeszcze zakładać dobrą wiarę u arcykapłanów i starszych ludu, to OD TEJ PORY judaizm wygląda na zwyczajny i świadomy PRZEKRĘT – chyba, że koloryzował św. Mateusz. Ale czyż Kościół katolicki może dopuścić możliwość, że któryś z ewangelistów koloryzował, zwłaszcza w takiej sprawie? Jasne, że nie może. No to jak z tego wybrnąć, jak głosić Ewangelię o Zmartwychwstaniu, a jednocześnie ekumenicznie pić Żydom z dzióbków na eleganckich sympozjonach?
Z pomocą przychodzą krętacze, zwani dla niepoznaki teologami."Wiara bywa ślepa, ale gdyby chociaż mogła za każdym razem przenosić góry...
(...)
"Czy przypadkiem nie te ekumeniczne sofizmata miał na myśli św. Paweł, jeszcze w głębokiej starożytności przestrzegając, że „gdyby Chrystus nie zmartwychwstał – próżna byłaby nasza wiara”? Skoro w samym Kościele katolickim podważany jest historyczny charakter Zmartwychwstania, to nic dziwnego, że na Zachodzie pustoszeją kościoły. U nas wygląda to lepiej, bo jeszcze w czasach saskich w „laikacie” ugruntowała się dewocja obyczajowa („ukrajemy szyneczki, umaczamy w chrzanie; jakżeś dobrze uczynił, żeś zmartwychwstał, Panie”), podobnie, jak i po stronie przewielebnego duchowieństwa („Boga chwal, sztukę mięsa wal – ot, co jest!”), a do tego głęboka wiara nie jest koniecznie potrzebna. Zresztą – jaka tam „głęboka wiara” – jeśli jej przedmiotem miałyby być jakieś halucynacje uczniów – bo inaczej załamie się dialog z judaizmem? Gdy chrześcijaństwo podbijało Europę, wybitni ludzie Kościoła inaczej myśleli: „dla dobra przecież naszej wiary, dzięki której RÓŻNIMY SIĘ (podkr. SM) od pogan, Żydów i heretyków...”? – pisał w Liście V do papieża Bonifacego IV w początkach VII wieku św. Kolumban. Wcale nie chciał być taki sam, jak wszyscy. "